Właśnie zaktualizowałem WordPressa, na którym stoi ten blog, do wersji 3.0.
Pełne zaskoczenie, muszę przyznać.
O ile z wcześniejszymi poprawkami, czy pełnymi wersjami bywało różnie podczas instalacji, o tyle teraz – wszystko poszło, jak po maśle. Wystarczyło zgrać na serwer zastępując poprzednie pliki – i gra!
Nowy WordPress jest dopiero od kilku minut na moim serwerze, więc ciężko tutaj o jakieś głębsze przemyślenia, bo w zasadzie nic nie testowałem – ale pierwsze wrażenie – całkowicie pozytywne.
Zaraz rozejrzę się dokładniej, i pewnie jeszcze coś dopiszę
Właśnie użyłem tego narzędzia i wielce jestem ciekawy, co z tego wyniknie.
Pierwszy rzut oka na Twittera – wrażenie pozytywne. Szybka rejestracja (chociaż potwierdzenia mailowego nadal nie dostałem, nawet zmieniłem adres e-mail, żeby wykluczyć błąd), potem łatwa, intuicyjna obsługa. Zobaczymy, jak rzecz się będzie sprawdzać w codziennym korzystaniu.
[edycja]
Twitanie za pomocą wtyczki – działa!
Przydatna sprawa, bo nie trzeba logować się specjalnie do twittera, żeby dodać kolejny wpis.
A teraz – testowania ciąg dalszy.
[edycja]
Wtyczka, aczkolwiek działa – została wyłączona (więcej o powodach znajdziesz tutaj).
Kilka dni później…
Pierwsze moje refleksje, jeśli chodzi o Twittera (a podejrzewam, że również jeśli chodzi o Blipa, bo to w dużej części klon pod względem funkcjonalności) są takie, że – szkoda na to czasu.
Znaczy – mi szkoda czasu. Jakoś nie czuję wewnętrznej potrzeby „tweetania”. Nie ruszyło mnie to, jednym słowem.
Jak widać, i ten blog nie jest pozbawiony reklam; każdy chciałby zarobić na Google Adsense, czy innym SmartContext, nieważne…
Ciekawe jednak, że wszystkie sieci reklamowe, które pozwalają ludziom zarabiać (czy też raczej: stwarzając ludziom złudzenie optyczne, że zarabiają), zabraniają jednocześnie namawiania do klikania w linki bądź obrazki reklamowe.
Taki zapis z regulaminu SmartContext:
Partner zobowiązuje się do dołożenia należytej staranności, aby zapewnić uczciwość w dokonywaniu przekierowań do stron internetowych Klientów, w skutek kliknięcia w dany Dymek reklamowy, w szczególności nie będzie wymuszał na użytkownikach Internetu dokonywania kliknięcia, bądź w inny sposób nie będzie zachęcał użytkowników do klikania w dany Dymek, co skutkowałoby sztucznym zawyżeniem ilości kliknięć w dany Dymek reklamowy.
Co ciekawe, nie znajdziemy chyba w regulaminie informacji, że nie można publikować informacji, ile się na kliknięciach w reklamy zarobiło. To chyba takie delikatne obejście, żeby klient danej sieci reklamowej nie mógł zarzucić danej sieci, że klikania w jego reklamy są „namawiane”, a nie są efektem faktycznego zainteresowania ze strony użytkowników danej witryny…
Też chętnie w tym miejscu pochwaliłbym się, że za kliknięcia w reklamy mogę już sobie zbudować basen… Niestety – to tak marna ilość, że aż wstyd. Domu z basenem za to nie będzie.
Nawet basenu nie da się postawić.
Ani wykopać.
No dobra – nawet na łopatę nie starczy!
Ale chyba poważnie zastanowię się, czy w ogóle umieszczać te reklamy, czy to nie ma sensu. Nie przepadam specjalnie za reklamami, irytują mnie na stronach, ale rozumiem sens ich istnienia. No, nic to, pomyślę o tym.
Kiedy idę do sklepu, to zawsze z zamiarem kupna czegoś konkretnego. Pomijam tutaj jakieś poważniejsze zakupy, które robi się raz na kilka, kilkanaście lat, np. samochód, mieszkanie – bo tutaj faktycznie wymagana jest rozwaga; chodzi mi o nabycie czegoś zwykłego, jak chleb, czy gazeta.
Taka sytuacja.
Kiosk przy Cepelii, centrum Warszawy, koło godziny 7.30, dzień powszedni (konkretnie środa).
- Dzień dobry, słucham panią…
- Poproszę „wogi” mentolowe… – kobieta koło 40-stki.
- Proszę.
- … i jeszcze gazetę z programem.
- Którą? Bo mam kilka…
- Hmmm…
Sprzedawczyni przechodzi do wyłożonych na ladzie kolorowych czasopism.
- Może być to, to, to… albo jeszcze to.
- Hmmm, no nie wiem…
(w tym miejscu dodać należy, że za klientką-tv-maniaczką ustawił się już ogonek; widać po ruchach, że każdy gdzieś spieszy do pracy).
- To może ja wezmę tą… a czy jest tutaj program stacji X? – dopytuje.
- Wie pani, nie wiem…
- No, to ten, na którym leci serial Y… – naprowadza sprzedawczynię klientka.
- Naprawdę nie orientuję się, ale chyba jest…
- To może ja jednak wezmę tą drugą…
(po raz kolejny dodać należy, że kolejka wciąż się zwiększa)
- Dobrze, bardzo proszę.
- Aaa, zapomniałabym… Jeszcze coś do czytania dla męża!
- A co pani sobie życzy? – sprzedawczyni wykonuje gest „prezentacyjny” – pokazując na właściwie wszystko, co kiosk ma w ofercie.
… dalej relacjonować nie będę, bo wyszedłem z kolejki.
Uwielbiam takie sceny. Znaczy, nie tyle uwielbiam, co „uwielbiam”. Wręcz „kocham” patrzeć na ludzi, którzy nie wiedzą po co przyszli. Zachowują się tak, jakby byli tylko oni – i magiczne królestwo produktów, z których jeden jest lepszy od drugiego; wykosztujesz się na jeden, a za chwilę się okaże, że ten drugi obok był zupełnie lepszy.
Aż się scyzoryk w kieszeni otwiera.
Miał być w tym miejscu apel do kupujących, żeby robili swoje zakupy szybciej oglądając się czasami na rosnącą za nimi kolejką. Ale teraz zmieniłem zdanie. Sugeruję otwarcie w każdym kiosku osobnego okienka, przy którym obsługiwane byłyby osoby, które nie wiedzą, czego chcą. Można by w nich posadzić jakiegoś niezdecydowanego sprzedawcę – i wtedy to dopiero byłaby zabawa!
- Dzień dobry, czym mogę służyć?
- Dzień dobry. Chciałabym kupić jakąś gazetę z programem…
- Mam kilka…
- To może tę? Albo tę? W tej też, zdaje się, jest program TV… O, i w tej też…
- … No, nie wiem…
- Aaa, i jeszcze w tej na samym końcu. Nie, w tej to dopiero w piątek będzie…
- … To może ja wezmę tą…
- Chociaż nie, w tej program na ten tydzień już się kończy, a nowa będzie dopiero pojutrze… To może lepiej tę pani weźmie?
- …
I mogliby tak sobie gaworzyć godzinami. A inni w tym czasie spokojnie zdążyliby, k…a, do roboty!
Ostatnio pracuję głównie samotnie, sporadycznie kontaktując się ze światem zewnętrznym, a i to głównie za pośrednictwem maila.
Dlatego, by lepiej się skupić, poszukałem troszeczkę w Necie i znalazłem interesujący serwis setlist.fm. Tutaj wystarczyło wpisać nazwę ulubionej grupy, czy wykonawcy, a jeśli tylko dopisze nam szczęście i ktoś uzupełnił bazę serwisu wcześniej – możemy wybrać np. ostatnie wydarzenie z życia danego wykonawcy – i przesłuchać/obejrzeć wszystkie utwory związane z tym wydarzeniem.
Chyba trochę zagmatwałem, więc wyjaśnię.
Załóżmy, że szukamy czegoś o zespole Metallica. W odpowiedzi wyszukiwarka serwisu podaje nam listę wydarzeń, w których uczestniczył ten zespół + daty, w których dane wydarzenie miało miejsce. Klikamy w interesujący link – i mamy listę utworów, jaką zespół tego dnia zaserwował swoim słuchaczom.
Oczywiście, jeśli na koncercie był ktoś z kamerą, a potem swoje nagranie umieścił na youtube.com – możemy nawet zobaczyć, jak to wyglądało z trybun (szczerze mówiąc – nie polecam; jakoś nagrań, na jakie natrafiłem pozostawiała delikatnie mówiąc baaardzo dużo do życzenia…).
Klikamy (załóżmy) w pierwszy utwór, i (przynajmniej w moim firefoksie tak to wyglądało) w prawym dolnym rogu otwiera nam się okienko i odtwarza wybrany utwór. Po zakończeniu, automatycznie ładuje następny z listy.
Przyznacie, że znacznie prostsze to, niż samemu wyszukiwać utwory w Youtubie i klikać je po kolei…
Póki co, jestem na etapie „light-usera” tego serwisu, ale już teraz mogę powiedzieć, że bardzo interesująco się zapowiada: prosty, przejrzysty, o sporych możliwościach (w tym już teraz można dostrzec kilka potencjalnych dróg rozwoju nowych funkcjonalności).
I takie rzeczy trzeba robić!
Google – to symbol, chyba każdy się z tym zgodzi. W porównaniu z innymi światowymi firmami jego (jej?) historia jest na tyle krótka, że udało się ją zmieścić w 2-minutowym filmie!
Zapraszam do obejrzenia.
Jak chyba każdy, mam telefon komórkowy. Nic specjalnego, ot zwykły D900i (o, taki).
Odkąd jednak pamiętam, zawsze lubiłem markę Nokia. Przejrzyste menu, którego obsługa nie zmienia się wraz z każdym nowym modelem, łatwość i intuicyjność obsługi… Jak dla mnie to podstawa. Nie mam zamiaru przy każdej wymianie telefonu na nowszy model spędzać nad nim nie-wiadomo-jak-wiele-czasu, żeby się go nauczyć. Dlatego po prostu uwielbiam te telefony.
Szczególnie rajcuje mnie Nokia Communicator (przynajmniej kiedyś tak się to-to nazywało). W październiku 2009 na rynek ma wejść N900. Jak dla mnie – rewelacja! Oglądając te dwa filmiki, które zamieszczam poniżej – sami możecie się przekonać!
I powiedzcie teraz: czyż nie jest wspaniały? Niech się te wszystkie iPody schowają! Dla każdego znajdzie się tutaj coś miłego.
Kurcze, gdyby jeszcze ten telefon nie był tak pierońsko drogi… Niestety, pozostanie on jeszcze dłuuugo poza moim zasięgiem, a nie wiem, czy w ogóle kiedykolwiek w ten zasięg wejdzie…
Nie ma to, jak mieć dobry PR. W sieci huczy o idiotycznych posunięciach na n-k (choćby o uruchomieniu śledzika, o którym tak naprawdę nie wiadomo, po cholerę on i dla kogo), krytycznie niskim poziomie serwisu, zdjęć i komentarzy tam widniejących, a tymczasem dziennikarze Gazewy Wybiórczej sugerują, że twórcom n-k należą się pokłony, że tak wspaniały serwis stworzyli.
Tak, serwis BYŁ wspaniały. Kiedyś, jakieś półtora roku temu.
Teraz, kiedy stał się fotka-bis – to już nie jest to samo. Wielkością – faktycznie, ileść userów i odsłon jest imponująca. Ale nie przekłada się na jakość.
Grono też kiedyś było fajne, bo było nowe i tajemnicze (można się było zarejestrować tylko na zaproszenie kogoś z wewnątrz). Ale spowszedniało. I powoli chyli się ku upadkowi.
N-k kroczy tą samą drogą. Niestety, od samego początku było jasne, że ten krąg grupy docelowej trudno będzie poszerzyć. Próby takie podejmują, za co im chwała, ale jeśli jedną z nich miało być uruchomienie śledzika – to ja dziękuję. I nie sądzę, żeby to jakoś pomogło.
N-k się przejada. Jak już wielokrotnie powtarzałem, niestety, nie ma tam nic, co skłaniałoby mnie czy podobnym do mnie osobom wracać tam codziennie. Do tego – stada pokemonów z ich idiotycznymi komentarzami, zdjęciami jak z katalogu XXX – to wcale nie pomaga.
Ostatnich kilka dni, w ramach tzw. zajęć dodatkowych, związanych w większości z nowym zleceniem, zmuszony byłem zapoznać się z polskimi, masowymi serwisami społecznościowymi.
Jako że n-k jest mi z grubsza znana (znawcy tego serwisu na pewno przyznają mi rację, że wystarczy jakaś godzina wolnego czasu, żeby na wskroś poznać ten serwis i WSZYSTKIE ficzery, jakie oferuje; wszystko ponadto – jest zwyczajną stratą czasu).
Zajrzałem więc na fotka.pl. Wcześniej miałem raczej sporadyczną styczność z tym (po)tworem. Ot, od czasu do czasu trafiałem tam klikając przeważnie w link umieszczony na zupełnie innej stronie. Obejrzałem zdjęcie, kliknąłem to tu, to tam, i zamykałem fotkę.
Teraz musiałem głębiej wejść w ten serwis.
Hm… od czego by tu zacząć, żeby za szybko nie skończyć… Cóż, zacznijmy od tego, że daleko nie zaszedłem… Jakieś klany (jak sądzę, to inna, bardziej „cool” nazwa oznaczająca w gruncie rzeczy podforum internetowe), jakieś rankingi zdjęć, komentarze do nich… To tyle, jeśli chodzi o fotkę, bo faktycznie na tym należałoby tu skończyć, bo to faktycznie wszystko, co na fotce się znajduje.
Podsumowując fotkę: nie ma tam nic, dosłownie NIC, co zachęciłoby mnie do dłuższego pobytu na tej stronce, albo do powrotu na nią. Zdjęcia – w zasadzie niewiele się różniące od tych, jakie zobaczyć można na n-k, komentarze… cóż, pominę milczeniem (gdzieś już słyszałem określenie „pokemony” na tych, co umieszczają takie zdjęcia i komentarze, jakie znaleźć można na fotka/n-k)… Poza tym: nic wyrafinowanego, nic, co rzucałoby na kolana, nic szczególnie zaawansowanego technicznie.
To straszne, że n-k ma tylu użytkowników. Straszne, że fotka cieszy się aż taką popularnością. Wystarczy spojrzeć na badania oglądalności stron internetowych, żeby zobaczyć, że serwisy te mają naprawdę poważne wyniki w tej „dziedzinie”.
To tak straszne, że aż przykre… Zero poziomu, gówniarzowate pokemony, ścigające się na jak najbardziej wyuzdane fotki i po prostu głupie komentarze, których często nawet nie da się rozczytać – czy tak wygląda czołówka społecznościowych serwisów w Polsce???